Szambelan się obejrzał, przysunął, począł szeptać coś do ucha. Grzybowska z miną protektorki słuchała; nagle czoło się jej zaczęło rozpromieniać, oczy błysły, w dłonie klasnęła i podskoczyła na łóżku.
— Pan jesteś w istocie szczęśliwym człowiekiem — rzekła — boś przybył w taką godzinę.
Szambelan aż się uśmiechnął.
— Wszystko możesz mieć, co zechcesz!
— Wszystko! — zawołał uszczęśliwiony Rzesiński.
— Wszystko... ale, ale — dodała, patrząc mu w oczy Grzybowska — nim kto tego szczęścia nie pochwyci, należy się decydować prędko.
— Na co? na co? — podchwycił szambelan.
Panna Grzybowska nagle spoważniała; pierścionek, który miała na palcu, zaczęła obracać. Namyślała się widocznie, jak powiedzieć, o co chodziło.
— Potrzeba się ożenić, panie szambelanie! wziąć żonę piękną jak anioł... no...
Rzesiński spojrzał trochę wylękły.