— A na kogoż nie gadają! — ramionami ruszając, rzekła Grzybowska. Na to zważać nie należy. Spojrzawszy na pana, zaraz mi to na myśl przyszło. Kandydatów będzie mnóstwo... ja to dla pana uczynić mogę, że mu pierwszeństwo dane będzie.

Szambelan się skłonił, lecz frasobliwie spoglądał.

Grzybowska wstała z łóżka.

— Nie mam czasu — zawołała — możesz się pan namyśleć... ja muszę biedz do mojej marszałkowej.

To mówiąc, Grzybosia zakręciła się... szambelan jeszcze stał.

— Do zobaczenia — rzekła — przyjdź pan wieczorem... muszę iść...

I wyrwała się żwawo przez sień do swej pani. Biegła tak, jakby ją co goniło i śmiała się sama do siebie.

Marszałkowa siedziała, ubierając się do obiadu, przed zwierciadłem. Fryzura już była gotowa. Rózia suknię trzymała; Grzybosia jej z rąk ją wyrwała.

— Idź, ja już resztę zrobię sama.

Ledwie się drzwi za wychodzącą zamknęły, Grzybosia zawołała, nie mogąc wytrzymać: