— Pani marszałkowej? — spytał Plersch.
— Ale broń Boże! — rozśmiała się z urazą pewną — mnie już Lampi i Bacciarelli malował, mam tego dosyć, nigdy w życiu do portretu siedzieć nie będę. Portret bardzo ładnej osóbki, młodej ale prostej chłopki.
Plersch zdziwiony spojrzał; chciał spytać, na co się miał ten portret przydać i przez uszanowanie się wstrzymał.
— Czasem się i chłopianki trafiają ładne. Pan ją odmaluje czy jako pasterkę, czy jak tam będziesz uważał, ale żeby była podobna i piękna i w jakiejś pozie... pan rozumie...
— Gdy zobaczę oryginał...
— A! — rozśmiała się pani Mniszchowa — tylko się pan mi w niej nie zakochaj, bo nie wolno.
— Wiem, nam to nie wolno — szepnął Plersch — rzecz wiadoma.
Zmierzyła go okiem pani i siadła.
— Weź pan krzesełko — rzekła.
Plersch podziękował, ale stał.