— Ale to tam jeszcze do tego daleko, wy się namyślicie, a waszej córce gwałtu nikt nie zada jak wola wasza. Ja do was dziś z czem innem przyszłam, w czem już, Bóg widzi, i cienia złego nie ma.

— No, to mówcie.

— Królowi się podobało liczko; trzeba je na płótnie odmalować, ażeby o niem nie zapomniał.

Sydorowa popatrzała na nią przestraszona i załamała ręce.

— A godziż się to? — zawołała — toć to tylko Świętych Pańskich malują, a nas grzesznych...

— Moja jejmość, to u was na wsi takie obyczaje — rzekła Grzybosia — u nas inaczej, mało nie codzień malują pięknych i brzydkich, aby po nich na świecie pamiątka została. Żadnego w tem grzechu nie ma. Najrzałam tylko waszą córkę przez okno, warta tego przecież, żeby z niej malarz zdjął obrazek.

— Aby grzechu nie było — mruknęła stara.

— Spytajcież księdza, on wam poświadczy, jeśli mnie nie wierzycie.

Zamyślona Sydorowa nie odpowiedziała już nic.

— Malarz przyjechał — dodała Grzybowska — wszystko przygotowane, namówcie córkę, albo mnie z nią się dajcie rozmówić; przyjdziecie na jaką godzinę i rzecz będzie skończona.