Obejrzała się Grzybosia i zwiesiła nad łóżkiem pani.

— To nie jest żadna Kozaczka, ale szlachcianka; ojciec jej niegdyś na Sicz zbiegł i tai się z tem, bo znać coś zbroić musiał. Matka prosta kobieta, ale ambitna. Mówiła mi, że u nich dukaty garncami mierzyć nie nowina.

Pani Mniszchowej na myśl mimowolnie ś. Jan przyszedł. Westchnęła.

— Cóż bo znowu prawisz, Grzybosiu!

Ale w tej chwili przyszły jej na myśl klejnoty widziane i zadumała się mocno.

Grzybosia szanowała zamyślenie.

— Cóż mi więcej powiesz? — spytała pani.

— Dziewczynę widziałam — istne cudo! Kozacka krew zmięszana ze szlachecką, wydały tę piękną istotę. A tak to patrzy, a takie to śmiałe i wesołe, jakby czuło przyszłe losy swoje.

— Przyszłe losy! — szepnęła z uśmiechem ironicznym pani Mniszchowa. Ruszyła ramionami.

— Wspomniałam o małżeństwie; stara nie jest od tego, zrozumiała mię od słowa, byle mąż nie był nazbyt odraźliwy i niepokaźny, słowem, idzie jak z płatka.