Ale przez cały dzień, oprócz tego, co mu spóźniony i ostygły obiad przyniósł, nie widział nikogo. Wieczorem dano znać, że nazajutrz rano wzór przyjdzie, że może i marszałkowa także się do niego przekradnie, bo chciałaby pokierować portretem. Znać nie dowierzała gustowi biednego malarza.
Wszystko było więc w gotowości, a wyobraźnia artysty pracowała niezmordowanie nad wytworzeniem sobie wzoru tego tajemniczego portretu. Blondynka czy brunetka? słuszna czy maleńka i zręczna jak myszka? królowa czy subretka?
Subretek Plersch nie lubił. Te śliczne buziaczki z dwoma dołkami na policzkach różowych, z dołkiem na bródce, z zadartym noskiem maleńkim, ze śmiejącemi się oczęty, nie zdawały mu się godnemi jego pędzla. Wolał piękności klasyczne, rysów greckiego posągu, z oczyma tajemnic pełnemi, z uśmiechem, w którym gorycz się żeni z rozkoszą, piołuny i ambrozye. Wystawiał więc sobie swój wzór nakształt tych postaci idealnych, które tak wielbił.
Potem mu na myśl przychodziło, że to być miała prosta dziewczyna, w której oczach tęsknica postać nie mogła, ani ów wyraz tragiczny, której usta śmiać się nie umiały półuśmiechem ironii, bolu i słodyczy. Jedynym ratunkiem było w takim razie, wziąć rysy tego żywego posągu i z ich tematu stworzyć ideał, któryby był podobnym do wzoru, a stokroć wyższym od niego. Wszak z Wenery Medycejskiej i Apollina robił karykatury udatne, czemużby z bławatka polnego nie miał świętojańskiego wysnuć kwiatu? Plersch rozumiał to dobrze, że w każdym typie jest tysiąc jego odmian zawartych, od poczwary począwszy, do bóstwa.
Pilno mu było ją zobaczyć, rozpocząć. Nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, ale jeżeli to miała być piękność zachwycająca, dlaczegożby nie przedłużył malowania portretu, aby się na nią patrzeć, patrzeć i upić aż do szału. Taki szał wewnętrzny, skryty, był w jego życiu jedyną rozkoszą, dozwoloną.
Mówił sobie, że każe jej patrzeć w oczy... malarzowi... i że ze wzroku tego na długo zaczerpnie życia. Ktoż wie, może ich samych zostawią, może potrafi zawiązać rozmowę, może...
Myśl puszczała się jak dziki koń po stepie. Plersch tem tylko żył.
Raniuteńko wstał. Serce mu biło, nie wiedzieć czego. Zszedłszy na dół, zobaczył w oknie u Zamysłowskich wykwitłą różę miesięczną i — ukradł ją, aby sobie popielaty frak nią przystroić. Żaboty pomięte w tłumoku sam odchuchał, mankietki były fantastycznie powyciągane, ręce umyte z kokieteryą. Pończochy włożył jedwabne, z klinami à jour, trzewiki ze sprzączkami stalowemi, u kamizelki dewizki zdobiła wielka gałka koralowa jako dorodna wisznia, a guziki jej były wprawdzie szklanne, ale ze szkła weneckiego, w tęczowe kolory.
W zwierciadle wydał się sobie wcale przystojnym, choć nim nie był.
Było jeszcze bardzo rano, gdy na wschodkach posłyszał głosy. Stara kobieta weszła do izby, obejrzała się do koła i dopiero znać przekonawszy, że się nie omyliła, obejrzała się za siebie w ciemną sień, ręką skinąwszy na towarzyszkę.