— Zaraz — odparł artysta, i zbliżył się drzący do dziewczęcia.

Czarne oczy Natałki padły nań z ciekawością zimną.

Plersch nie wiedział, jak ją nazwać. Panią nie wypadało, imienia nie znał.

— Panienka — rzekł cicho — wie pewnie, że ja mam ją malować?

Natałka potrząsnęła głową.

— Stać ma czy siąść? — odezwała się stara.

Za całą odpowiedź artysta krzesło przysunął, Natałka usiadła. Chciał ją jakoś ułożyć podług swej myśli. Zdawało mu się, że z koszykiem w ręku, pasterką byłoby jej bardzo ładnie; potem spartą na kolumnie, potem u monumentu, lub kreślącą na drzewie cyfrę ręką drzącą. W smaku wieku były te sentymentalizmy.

Wszystko to przebiegło mu przez głowę; chwila minęła, a Natałce brwi się zbiegły; nudziło ją to.

— Macie malować — odezwała się — no to dobrze, ale ja nie dam siebie sadzić jak wam się podoba; ja sobie siądę sama; malujcie jak chcecie, wola wasza. Inaczej nie będzie.

Ten despotyzm, tak siebie pewny, wielce zaimponował artyście.