Marszałkowa spojrzała.
— Moje dziecko, tak ci nie będzie do twarzy.
— Ale mnie tak do serca — odparła obojętnie Natałka — niechaj już tak będzie.
Milczenie chwilę trwało, a pani Mniszchowa, która sama trochę malowała, przez ten czas kręciła głową.
— Taki portret! proszęż cię Plersch. To nie wiedzieć jakie dziwactwo.
Wzór zdawał się nie słuchać i nie słyszeć.
Nie pozostało pani Mniszchowej, przypatrzywszy się rozpoczętej podmalówce, jak westchnąwszy, zgodzić się z wyrokiem losu.
— No, to kończ, panie Plersch — rzekła — niech już i tak będzie, ale zrób ją podobną. Nie mamy czasu, trzeba żeby to było gotowem prędko.
— Prędko? podchwycił artysta, który już sobie na malowaniu zbudował całe marzenie, a pierścionkiem brylantowym tłómaczył możliwość urzeczywistnienia go.
Pani Mniszchowa pomiarkowała, że jej wizyta do pośpiechu w pracy przyłożyć się nie mogła, odstąpiła więc dosyć nierada od sztalugi i poczęła na stronie rozmawiać z Sydorową, prosząc ją, aby póty, póki artysta wzoru potrzebować będzie, córkę nakłaniała do siedzenia.