— Będę aktorką! rzekła rzucając książkę, sama do siebie...

Z zarumienionem licem mniemany Dobek zszedł do sali jadalnej..... Oprócz hetmana byli już prawie wszyscy. Witano go dość uprzejmie, jeden Pobożanin bardzo zimno, kwaśno i z daleka... Hetman wszedłszy, naprzód się zwrócił ku niemu z uśmiechem rozpytując troskliwie o zdrowie... Rozmowa znowu wszczęła się o teatrze, jakby umyślnie dla Laury, która z niej dla siebie pożyteczne skazówki czerpać mogła.

Oprócz zwykłych domowych gości, siedział u stołu szlachcic, niejaki Zarwański z Wilczodołów, sąsiad Emilopola, który w tem towarzystwie stanowił rażący dyssonans. Był to człek starej daty i obyczaju, który chociaż skłaniał głowę przed powagą dostojeństwa pana hetmana, francuzkiego tego domu widocznie ani znieść, ani zrozumieć nie mógł. Wydawał się też wśród niego dziwnie.

Hetman z wielką dlań był konsyderacją, gdyż Zarwański trząsł szlachtą, na sejmikach rej wodził i potrzebowano go często... Szlachcic też snadź wiedząc o tem, był z respektem, ale nie bez przekąsu czasem na nowy obyczaj, cudzoziemczyznę i wszystkie nowinki, które z zagranicy płynęły. Z oczu jego patrzało, że sobie z tej politury drwił w duchu. Panu Dobkowi, który naprzeciw niego siedział, byłby zupełnie obojętnym, gdyby nie szczególna okoliczność, która na straszną próbę wystawiła nieszczęśliwego wędrowca.

Wśród obiadu mówiono o rozmaitych plotkach, jakie po kraju chodziły, tyczących się różnych osób i wypadków... Szlachcic miał wiele do opowiadania, wiedział bowiem co się gdzie na około działo... przez swych panów braci klientów.

— Do czegośmy to dożyli! panie hetmanie dobrodzieju, rzekł w końcu, najlepszy dowód historja pewnego domu, którego imienia, pozwolicie, że nie wymienię. Nomina sunt odiosa.

W głębokiem Polesiu żyje w najzapadlejszym kącie rodzina osobliwsza... niech ich tam Bóg sądzi, jedni mówią, że skryci arjanie, drudzy, że utajone lutry, inni że katolicy... lecz o ich konfessję mniejsza, bo to ad rem nie należy. Tandem został z familji już podżyły ojciec z jedynaczką córką, którą słyszę pieścił niezmiernie. Szczęśliwie się żyje... szlachcic pieniądze zbiera okrutne, mówią, że krocie miał i to wszystko we złocie. Mimo, że to kąt zapadły, gorzej jeszcze niż moje Wilczodoły... przecie znalazła się, z pozwoleniem baba... którą tam pewnie djabeł posłał. Wdówka młoda, przystojna, przewąchawszy owe dusie u szlachcica, nuż mu się zalecać... I tak się dobrze wzięła do jegomości, iż mimo miłości dla córki... mimo siwizny, mimo lat... ożenił się. Weszła tedy w dom macocha z ręką żelazną, nuż się nad ulubionem dzieckiem znęcać!

— Przykro słuchać! przerwał hetman, wiadomo co to macocha!

Dobek spuściwszy oczy na talerz, już ich cale podnieść nie śmiał... siedział jak zdrętwiały, czuł, że jego to dzieje pan Zarwański opowiadał...

— Na czemże się skończyło? spytał gospodarz.