— Przepraszam, sprzeciwił się Zarwański; znam doskonale Izraelitę, który lat kilkanaście, jeśli nie więcej, prowadził temu jegomości wszystkie handle. Otóż ten mi zaręczał, że nie licząc dóbr, gotowego grosza szlachcic przez jego ręce dostał nie jeden, ale parę miljonów złotych... a grosza na życie nie wydawał... chyba co dla córki tej, bo dla niej nie żałował nic, choćby ptasiego mleka zażądała...

— I tak ją w końcu skrzywdził? rzekł hetman.

— A do czego to panie hetmanie dobrodzieju, baby nie doprowadzą! wtrącił Zarwański... Gdy to licho opęta, nie odżegnać się od niego!

Zaczęto się śmiać ze starego gdery.

— Śmiejcie się, śmiejcie, rzekł... U nas dawniej bywało inaczej; całowano jejmość dobrodziejkę w rączkę, ale trzymano w ryzie i nie dawano się brać za czuprynę. Teraz całują po nóżkach, piją z trzewiczków, kołki sobie na łbie ciosać dają — i wszystka nasza siła naciśnięta pantoflem przepadła...

Staroświeckie te teorje szlachcica, jeszcze serdeczniejszy śmiech wzbudziły — i tak jakoś wśród niego od stołu wstali, a Dobek potrafił się żwawo ukryć w tłumie ze swym rumieńcem i pomieszaniem.

Zbliżył się nieznacznie do Babetty i szepnął jej zręcznie by nikt nie podsłuchał:

— Potrzebuję się widzieć dziś z wami, koniecznie...

Ta dała mu znać skinieniem tylko, że się o to postara i odeszła... a też przypadła mała Ninon męczyć go swemi nieszczęśliwemi zaloty, z których wszyscy się do rozpuku śmieli.

Naśladowała bowiem doskonale, mimo młodocianego wieku, wszystkie ruchy, pochody, oczu strzelania, minki, gibkie postaci nagięcia dla popisu z wdziękami, jakie starsze artystki wykonywać były zwykły gdy na kogo polowały. Dobitnością tylko i maleńką przesadą Ninon czyniła je śmiesznemi, a hetman niezmiernie się cieszył z tej pojętności wyrostka, który doszedłszy do lat, arsenał gotowy mógł już cały mieć w ręku do użycia... Dobek za mało tylko dopomagał dziewczęciu, które ta obojętność kawalera gniewała. Pani St.-Georges ściskała córeczkę i całowała za tak cudownie odgrywany dramacik miłosny.