To było może gorsze jeszcze...

Gdy mu otworzono drzwi, chłopak wpadł jak opętany.

— Pobożanin! na miłość Boga! hetman się będzie gniewał, nieszczęście się stało ratuj!

— Cóż takiego?

— Dobek uciekł! krzyknął Georges.

— Jak? kiedy? udając niezmiernie zadziwionego, zawołał marszałek.

— Nie mogę pojąć jakim sposobem, jakiemś czarodziejstwem potrafił to chyba dokonać... Przebudziło mnie przed chwilą silne, niezwyczajne rżenie konia. Jakiemś przeczuciem tknięty zerwałem się z łóżka... Miałem ciągle to na myśli, że on nam ujdzie...

— Ale na miłość bożą, cóż tedy? a to śmieszna awantura... rzekł marszałek siadając na łóżku.

— Odziawszy się naprędce poleciałem do pałacu... Wystaw sobie w entresolu pustki nie ma go; na stole tylko list do hetmana!! Uciekł... ale jakim sposobem! jakim sposobem?

— Przyznam się panu, przerwał marszałek, że ja znowu nie mogę pojąć dlaczegoby on miał nas tak bardzo obchodzić, jeśliby mu się zamarzyło ruszać sobie dalej!