Gdy potem jeszcze pan Salomon nadesłał przez Eliasza summę wcale poważną na koszta podróży, której połowa starczyć mogła na najwymyślniejsze wędrowanie roczne po Europie, chorąży nie wahając się tej ofiary przyjąć od familianta, sam już naglił Honorego, by jechał... Szło o to — dokąd? Nie było wskazówki najmniejszej, Zosia cieszyła się po cichu z tego, że się wyjazd odraczał, jej ta podróż nie szła w smak. Bóg wie jak ona długo przeciągnąć się mogła, na co narazić...

Stary chorąży zdecydował, ażeby syn jechał do Warszawy.

— Na wsi po dworach, mówił, nie ukryje się nic, a tem mniej piękna panna przybywająca, jakby z deszczem spadła; rozbębni się wiadomość od wsi do wsi, od komina do komina, z końca w koniec kraju całego... Kto się chce ukryć, ten głową w wir... w tę przepaść stołeczną leci, bo to tego, mosanie, inaczej jak abyssem nazwać nie można. Albo wpadła gdzie do klasztoru, o czem asindziej wątpisz, bo to się z charakterem panny nie zgadza, lub w stolicy... No... jeśli tam wpadła! żal mi krewniaka.. żal mi dziecka! Lecz patrzaj byś z kałuży dobywając, sam się też gdzie w błoto nie uwalał!

Stary chorąży miast nie lubiał, był to mąż tradycji patryarchalnych, który czerpiąc z nich wspomnienia Babilonu, Sodomy i Gomory... uważał je za ogniska wszelkiego zepsucia. Dla tego i ta podróż syna frasunkiem mu była, a no, dla swoich czy w ogień, czy w wodę, obowiązek. Tak dawniej bywało...

Zosia opłakiwała też wyjazd, nie mówiąc nic: weszła do rodziny i musiała podzielać jej uczucia i ofiary.

Przeciągnąwszy wyjazd o dzień jeden, Honory z wieczoru ojca pożegnał, otrzymawszy od niego błogosławieństwo, rano uściskał Zosię, która wstała go przeprowadzić płacząc aż do wozu, i — ruszył.

Był ci on raz w Warszawie przez dni kilka, znał ją wszakże mało. Pozostały po niej wspomnienia mętne wielkiego zgiełku i gwaru, bo trafił na sejm i uroczystości, na które się sądownictwo zjeżdżało. Nie miał żadnego oznaczonego planu. Że pod owe czasy bez pośrednictwa faktorów izraelitów nic się wykonać nie mogło, bo ludzi innych na posługi ze znajomością wszystkich zakątków i stosunkami rozgałęzionemi nie było, wiózł Honory od najmajętniejszego kupca z sąsiedniego miasteczka kartkę do jego korrespondenta, który w pomoc miał przyjść chorążycowi. W sprawach innego rodzaju jako szlachcic miał drogi otwarte wszędzie, — do śledzenia, poszukiwań, użyć należało jedynej policji, jaka naówczas istniała. W podróży odbytej pośpiesznie pilnując się dzień i noc po wieśniaczemu, aby nie być okradzionym, unikając podejrzanych karczemek, kłopocząc się o konie, popasy i noclegi, dobił się Honory do stolicy, znalazł na Marywilu kątek do pomieszczenia, i nie tracąc czasu, zakrzątnął się około wynalezienia korrespondenta...

Tego mu usłużni czatujący na podróżnych mnodzy faktorowie w pół godziny dostarczyli. Kupiec miał ze swej ręki nastręczyć najzręczniejszego a pewnego człowieka; nie namyślał się i pięciu minut... znalazł go natychmiast. Nim nadszedł wieczór, Honory rozmówił się z nim i opowiedział mu, o ile się godziło — historję całą. Powtórzyć ją musiał parę razy. Nastręczony faktor zdawał się człowiekiem statecznym i rozsądnym. Wysłuchawszy powieści parę razy, podniósłszy niecierpliwe jarmułkę, uderzył nią po głowie, wyrażając zakłopotanie, i rzekł w końcu: że to był — wcale kiepski interes.

— Przepraszam pana, jak pański honor? a! pan chorążyc! przepraszam pana chorążyca... ale tę pannę mogą dziesięć razy wilcy zjeść, nim my ją znajdziemy... Któż wie, czy ona tu jest? a gdyby nawet była, któż ją po czem pozna? Różnego panieństwa siła wielka... zewsząd się to tu zbiera...

Ruszał ramionami... Trzeba było dawać najrozmaitsze wskazówki, a wszystkie zdawały mu się niedostateczne.