— A dla czegóż miałabym się z tem przed ciocią taić?.. Samo tak jakoś przyszło! Pan Bóg dał! On o niczem nie myślał, mnie w głowie kochać nie postało, cóż my temu winni, że... mimowolnie przywiązaliśmy się do siebie?...
Ale, co ja plotę? przerwała Laura... on, pewno nie, — a ja, niezawodnie na całe moje życie!
— Na Boga! Lorko, cicho!..
— Sama ciocia wywołała...
— Proszęż cię, kiedy się już przyznajesz do tego, starajże się zapobiedz...
— Czemu zapobiedz? na co zapobiegać? ofuknęła się Lorka... Niechże mnie ciocia posłucha! Ja mu się przecie żenić z Zośką Bułhakówną nie bronię... niech się żeni, byle mnie kochał... a ja za mąż iść nie myślę i będę go sobie jednego kochała! alboż to grzech? moja ciociu? czyż to grzech być może?
Ciocia ze spuszczonemi ciągle oczyma stała drżąca, jakby się już tylko modliła do Boga o odwrócenie grożącego nieszczęścia. Lorka z tego przerażenia dopiero zaczęła wnosić, że to uczucie, do którego się przyznawała tak naiwnie, w oczach obcych ludzi mogło groźniejszem się wydawać, niżeli dla niej było... Uścisnęła ciocię dla uspokojenia...
— Niechże ciocia znowu nie lęka się o mnie, bo ja się nie wydam nigdy z tem, że go tak kocham! Musi sobie sam to odgadnąć, bo mu tego pewno nie powiem nigdy. O! już o to proszę bardzo być spokojną... Nam przecie jako bratu i siostrze... choć to takie dalekie, dalekie pokrewieństwo, że namby nawet ślub dać mogli... ale, co ja plotę! — jako bratu i siostrze bardzo serdecznie kochać się wolno...
— Moja Lorko... już dosyć tego!
— Więc dosyć, ale przysięgam cioci, że ja go do śmierci kochać będę...