— Jakiż sposób? spytała.

Poręba zbliżył się do ucha...

— A no, bardzo prosty... Ona lata i chodzi sama albo z tą ciocią, gdzie się jej podoba... dwóch ludzi, cztery dobre konie... porwać ją i uwieść, to się sama potem prosić będzie do ślubu.

— Hę? rozśmiał się Poręba, a co? ociężały jestem? ociężały!

— Bardzo dobry sposób, tylko mi się coś zdaje nie dla ciebie, bo ty tego nie dokażesz...

— A gdyby? spytał rotmistrz...

— Cóż ty się mnie pytać potrzebujesz? odparła Dobkowa; jam o tem wiedzieć nie powinna, ja o tem wiedzieć nie chcę, lecz gdyby się co podobnego zdarzyło... hm! toć wiesz, żebym się nie gniewała.

Poręba myślał... mruczał, chodził.

— A no, to — zobaczymy, rzekł, kiedy inaczej nie można... w ostatku trzeba coś ryzykować, choć to djabla sprawa... boć za porwanie szlachcianki gardłem pono karzą, bannicją infamią.

— Otóż to, dokończyła Dobkowa, a ty pewnie dla wilka nie pójdziesz do lasu.