— Nawet do uwolnienia mnie od tej nieznośnej dziewczyny się nie przydałeś — dodała cicho. Trzeba, żeby ci jeszcze kto i to gotowe dał, bo sam ani wymyślić, ani dokonać...

— Da się to widzieć, powtórzył rotmistrz.

Ubodnięty tą wymówką, nazajutrz przybył w podróżnym stroju...

— A co? czy znowu do Smołochowa? zapytała śmiejąc się jejmość. Po co się waszmość włóczysz darmo?...

— Da się widzieć czy darmo — zawołał Poręba; tylko jejmość na drogę musisz dać, bo nie mam.

— A to co ci mój mąż dał? spytała kręcąc głową Dobkowa.

— Już waćpani wiesz i o tem? No — tak, tak... ale to idzie na kapitalik, ja tego ruszyć nie mogę, mruknął Poręba... a w drodze strasznie się pieniądze szastają.

— Toć tu nie o moją tylko sprawę idzie, a razem i o waszą.

Jejmość zgodziła się w końcu rozmówiwszy, przyjść w pomoc przyjacielowi, który tegoż dnia, nie bez obfitego śniadania, wyjechał. Drogi były piekielne, bo po przedłużonej zimie nagle wiosna się robić poczęła, puściły śniegi i lody, rozlały szeroko rzeki, a błoto po wsiach i groblach było nie do przebycia. Ruszył jednak Poręba, nie żałując ani koni, ani siebie.

Tymczasem w Borowcach ciężko dla wszystkich wlokło się życie; stękali na nie począwszy od Dobkado Eliasza, i ostatniego z czeladzi, a jejmość i jej mały dwór niemniej. Wojna acz głucha i niewidoczna trwała ciągle. Strony bojujące poglądały na siebie z obawą nieustanną. Pomiędzy niemi dwoma nieszczęśliwy Dobek w pośrodku stał zgnieciony i cierpiący za obie.