— Po świecie! tajemniczo odparł Poręba.

— I cóż? wróciłeś widzę z kwaśną miną, tak samo jak wyjeżdżałeś.

— Niekoniecznie, odparł rotmistrz kręcąc wąsa.

— Mówże przecie, abym się czego z twojej mowy dowiedziała! niecierpliwie przerwała jejmość coś zrobił?

— Co ja się mam spowiadać! zrobiłem com chciał i jak było potrzeba...

— Powieszże mi raz przecie?...

Rotmistrz się obejrzał dokoła ostrożnie i szepnął.

— Ludzi mam! ale uważajże... to od jejmości zależy wszystko... Przybędzie tu jeden szukać służby... My się z nim niby nie znamy. Nazywa się Jerzy Siwiński... niby to... bo nazwiska istotnego mówić nie potrzeba. Trzeba mu jakiekolwiek miejsce dać... We dworze i jejmości się zda mieć swojego człowieka, czy tak czy owak; a za tego ja ręczę... Drugiego, który się zowie Parawęsowski, trzeba chyba albo na plebanii umieścić, godziłby się na zakrystjana, choć tęgi chłop... a jak nie można, trzeba go będzie w miasteczku trzymać... To dwóch... gdyby potrzebny był trzeci... znajdzie się... gdy co do czego przyjdzie...

Sabina słuchała z uśmieszkiem, i dała końce palców do pocałowania Porębie, który się tryumfalnie rozśmiał.

— A co? nie tęgo? rzekł. Tylko mi jejmość czy przy gospodarstwie, czy przy stajni, czy przy dworzeumieść koniecznie Siwińskiego... bo bez tego ja sobie rady nie dam. To moja prawa ręka... Był u mnie niegdyś kapralem... a choć stary, zuch, wiem, że na niego rachować mogę.