— Mój mości dobrodzieju, oderwał się Radwan, który był człek otyły, poważny i szanowany dla nader pięknej prezencji i pysznej łysiny: niech pan się nie oddaje rozpaczy, nie pomoże to nic... Wszystko się to, da Bóg, naprawi.
— Ale tak, dodał Buczyński... Opatrzność boska... tak! jakoś to będzie! trzeba mieć nadzieję...
Najrzawszy ich obu, pani Dobkowa korzystać chciała z przybycia i posłała Rózię prosić na górę...
Buczyński utwierdził się w przekonaniu, iż wódki i zakąski dostaną; pożegnawszy tedy Dobka, którego do domu wprowadzić nie było można, posunęli się do gospodyni, by jej złożyć swe vota razem i użalenie nad smutną rzeczy konjunkturą. Przyjęła ich jejmość nie ubrana, zapłakana a gniewna...
— Otóż mi śliczne urodziny! zawołała sadzając pana pisarza i mostowniczego; ale ja przewidywałam zawsze, iż rozpieszczona jedynaczka źle skończy. Nie podobało się jejmościance, że nie sama tu królowała. Przecież jej ustępowałam z drogi... a wszyscy poświadczą, że żadnej krzywdy nie miała. Co się tyczy ojca, ten pieścił a zapieszczał. Otóż to ma skutki...
— Mnie się zdaje, dodał poważny pisarz! iż scrutinium ściślejsze okaże jako nie konno przecie i nie w męzkim habicie uszła... To być nie może...
— Ja się domyślam, że pewny kuzynek, młody chłopak, który tu był niedawno w odwiedzinach, nie jest temu obcy, cicho dodała gospodyni.
— A pan rotmistrz kędy się obraca? zapytał mostowniczy, który na niego ex re przekąski rachował.
— Wyjechał, myślę, że w pogoń! rzekła jejmość.
— Tośmy tedy wpadli nie w porę, istotnie jak Piłat w Credo, westchnął Radwan.