Sabina spojrzała pytająco.

— Myślałem, że jejmość raz zdobywszy ten zamek na nieprzyjaciołach, obejmiesz go w posiadanie, starego ostawisz w kątku poduszkami, żeby sobie spoczywał, a sama będziesz tu gospodarowała. Tymczasem asińdźki rządy są pozorne tylko, rzeczywiście jesteś tu jak na łasce... Kluczyków od skarbca ani powąchać... stary pieniądze swe dusi... a my tu z nudy na tem wygnaniu poumieramy...

Ruszyła ramionami Dobkowa.

— To gorzej, że pono tych pieniędzy i skarbów wcale nie ma! odezwała się.

— Jakto! nie ma! Są! tylko niedostępne dla nas... klucz kładzie pod poduszkę...

— Bredzisz nic nie wiedząc, to od grobów!

— A Bóg wie, może pod strażą nieboszczyków pieniądze chowa, lecz że je trzyma pod tym kluczem, to pewna... Ile razy ma co wypłacać, kupuje zboże albo smołę, zamyka się, odryglowuje słyszę drzwi żelazne, zapala latarkę i schodzi do skarbca. Ludzie to podpatrzyli i wiedzą o tem dobrze...

Sabinie słuchając oczy się paliły.

— Ale mi się zaklinał, że...

— Bo nie chce grosza puścić z rąk! a wy mu wierzycie...