Dobek usiadł na krześle, obejrzawszy się czy na niem co nie leży.

— No, moja Lorko, rzekł: przyszedłem ci jedną osobliwszą zwiastować nowinę. Wszak to ja, jutro na cały dzień jadę.

— Ojciec? dokąd?

— Do Smołochowa.

— Ojciec do Smołochowa? po co?

— A! to widzisz... dla tej nieszczęśliwej wdowy, którą niegodziwi ludzie chcą pokrzywdzić; prosiła mnie ze łzami, przyrzekłem.

Lorka zmarszczyła brwi i skrzywiła usteczka.

— Przyrzekłeś? przyrzekłeś? odezwała się. Mnie to przykro! Taka straszna... takiem się jej przelękła... Ciągle mi upiorem stoi przed oczyma... O! gdybyś mógł nie jechać!

— Ależ dla czego?

— Dla czego?.. powoli poczęła Laura: ja sama nie umiem powiedzieć dla czego... a boję się o ciebie — i dałabym wiele, gdybyś nie jechał... Wiesz ojcze... Dobkowie nie jeździli nigdy nigdzie... tylko... żeby się żenić... Mnie serce przeszywa śmieszna myśl... A!..