Wstała, wyprostowała się, oczy jej błysły.
— Ciociu Fryderyko, pamiętaj tę chwilę... proszę... i tę moją trwogę... Serce człowieka ma czasem natchnienia z nieba... ojciec gdy o dziecko chodzi, dziecko, gdy idzie o rodzica...
Odstąpiła powoli ku oknom... Dobek spojrzał na pannę Henau, ona na niego, oczyma wskazali sobie Laurę... i Fryderyka szepnęła:
— Mówcie o czem innem...
Zaczęto w istocie o ogródku... o kwiatach, lecz Laura się nie rozchmurzyła, w oczach miała łzy, chodziła ponura... prawie gniewna...
Nazajutrz unikając nowej jakiej sceny przy wyjeździe, Dobek się musiał wymknąć potajemnie ze dworu... Stary wóz węgierski czekał na niego w miasteczku. A że osobliwością było widzieć pana wyjeżdżającego po za granicę Borowiec, ludzie stawali przed domami i Aron wyszedł w ganek. Pan Salomon nie oglądając się na nikogo, wsiadł do wozu i kazał ruszać do Smołochowa... Po drogach jakie przebywać musiano, było trzy godziny dobre do dworu...
Dobra te Sapieżyńskie, w których od wieków nikt z dziedziców nie bywał, chodziły odwiecznie też dzierżawami i zastawą... Dwór zbudowany przez jednego z poprzedników pana Noski, drewniany, obszerny, dosyć pokaźny, stał w pośrodku wsi ogromnej na lewo i prawo się rozciągającej długiemi chat sznurami. Już po za wzgórzem, na którem był wzniesiony, płynęła rzeka, a za nią rozłożone były łęgi zielone... a za niemi lasy wypalone i przecięte... Wiekuiście taż sama Polesia fizjonomia. Tu tylko rodzaj portu czyli bindiugi ożywiał nieco wybrzeże... Po za dworem czyjaś ręka zasadziła była kilka świerków, które wyrosły na olbrzymy i czarnemi słupy jakby żałobnym okryte kirem otaczały szarą budowę... Z między nich gontowy daszek kapliczki z krzyżykiem wyglądał. Gdy wóz pana Dobka wjechał w dziedziniec, widać było jakąś bieganinę około domu... przy folwarku... coś zabielało w ganku i znikło... a wysiadającemu drzwi otworzył chłopak do izby w lewo, zapowiadając, że pani natychmiast służyć będzie.
Nim to nastąpiło, miał czas pan Salomon rozpatrzyć się w mieszkaniu, które mu się dość osobliwie urządzonem zdało, po jego staroświeckich komnatach. Tu wszystko było świeże, nowe, wytworne na oko a niewiele warte. Sprzęty snadź sprowadzane z Warszawy, połyskiwały blaszkami bronzowemi niewielkiego smaku... kanapki i sofy okrywały pstre materyjki kwieciste, pełno fraszek zapylonych stało na gierydonikach wyglądających słabo i krucho; był i klawicymbalik, były i krosienka, ale to wszystko w ogóle, jak i kwiatki na oknach, wielce zaniedbane, dosyć zbrukane i prochem okryte.
Niedobrze się też ta, jakby pożyczana, elegancja świeża godziła z samym domem po prostu skleconym, z pułapem, którego belki świeżo płótnem podbitem okryto, z niezgrabnym kominem i podłogą z tarcic sosnowych, którą próbowano powoskować i zaniedbano. Pokój był obszerny, a że się w nim tego dnia może nie spodziewano gościa, wśród eleganckiego sprzętu dość było rupieci porozrzucanych, które teraz dopiero służący na prędce chwytał i zabierał. Z wczorajszego dnia pozostały tu ślady jakby dosyć ożywionej zabawy... szklanki i butelki, taca z resztkami ciasta... gitara na sofie...
W ogóle mieszkanie mówiło o nieładzie domu i nierozwadze gospodyni. Godzina była spóźniona, służba powinna była mieć czas do uporządkowania. Uderzyło Dobka i to, że owa smutna wdowa i sierota musiała tu przecież nie dawniej niż wczora przyjmować jakieś ożywione towarzystwo. Krzesła nawet stały w ten sposób jeszcze, że zdało się widzieć na nich kilka osób, które żywą musiały być zajęte rozmową. Co najwięcej wszakże zdziwiło pana Dobka, to szabelka nową fozą z eleganckiemi rapciami i czapeczka modna z piórkiem przy rękawiczkach na stół rzucona...