Jednego dnia Aron przyszedłszy, zastał go przeciw zwyczajowi siedzącym w krześle z głową podpartą na ręku, wpatrzonego w okno i zadumanego dziwnie. Nigdy jako żywo nie widział go Aron inaczej tylko w regestrach, w książkach rachunkowych lub nad handlowemi listami, a co mu zostawało czasu wolnego, z córką.

Teraz i Lorka zaniedbana była.

Żyd, który przeżył z nim na stopie poufałej lat tyle, a widywał go w najrozmaitszych okolicznościach, patrzał nań z uwagą wielką. Nie trudno mu było w nim odkryć symptomata zatrucia.

Ruszył ramionami, gładząc jak zwykle brodę.

— No, co jasny pan powiada, odezwał się, że ta jejmość, ta ze Smołochowa... to jegomości — wszystko jedno! No! jakto można tego mówić! Wszak pan od tego czasu jak tam był i zmizerniał i — z pozwoleniem, zkiepściał ze wszystkiem. Toby i ślepy namacał... No! co z tego będzie? co z tego będzie?

— Cóż ma być i z czego? odparł posępnie, wstając z krzesła Dobek. Nie ma nic i przywiduje ci się — po wszystkiem... To prawda, że dałem słowo, pojechać muszę... a biedzę się z tem, że Lorce to zrobi przykrość. To cała rzecz.. cały kłopot mój...

— A po co pan tam musi jechać? po co musi? spytał Aron.

— Dla jej interesów!

— To jest kłamstwo te jej interesy! ona żadnych nie ma, rzekł Aron stanowczo: ja wszystko wiem... Ona tam ma swojego kochanka pana rotmistrza... a to nie głupi człowiek, a ma jeszcze na zapas i więcej.

— Jakto! kochanka? zrywając się zawołał Dobek: co ty pleciesz?