Ponury, słaby głos dobył się z piersi siedzącego...

— Salomon?..

— Tak, ojcze...

— Dawno nie byłeś?

— Wczoraj...

Stary zamilkł... rękę podniósł...

— Daj mi kroplę... kroplę wina z wodą, siły nie mam... Koniec blizki...

Dobek w murze znalazł z łatwością butelkę... wlał do kieliszka nieco wina, trochę wody i podał je starcowi, który chwycił z trudnością szkło i poniósł do ust z widocznym wysiłkiem... Wychyliwszy napój, oddał kieliszek Dobkowi... Jakiś czas siedział jeszcze z głową spuszczoną, chwycił się za piersi, potarł jakby się z odrętwienia chciał rozbudzić i czoło podniósł rzeźwiej nieco. Naówczas z pod brwi nawisłych ukazało się dwoje oczu siwych, jakby zeszklonych... które starzec wlepił w Salomona...

— Co tobie Salomonie?

— Nic, ojcze...