Salomon stał w myślach pogrążony i milczał... Nie odbierając odpowiedzi, starzec kościstą dłonią uderzył po kolanach:
— Mów!
— Nie mam nic do powiedzenia, cicho odparł syn. Ojciec z trumny patrzysz na świat... a jam żywy... ja chcę żyć...
— Czemużeś nie opamiętał się wprzódy, gdyś młodszym był?
— Bom bolał po tamtej...
— Bolał! zawołał ojciec śmiejąc się... a tyś Bogu powinien był dziękować, że ci ją wziął, gdyś jeszcze kochał... gdy z tego miodu serdecznego nie wyrodził się ocet! Głupi człowiecze! głupi! Pamiętaj na mnie! mówię ci raz jeszcze, pamiętaj na mnie... Patrz na pokutę moją. Za co? Za to, żem ja pan i głowa domu i najwyższy sędzia w rodzinie mej, osądził i ukarał... Ty słaby, ani sędzią, ani mścicielem być nie potrafisz... będziesz ofiarą, a za sobą powleczesz dziecko, i ród, i mnie.
Salomon ręce załamał, stał i drżał.
— Z trumny mówicie, powtórzył głosem dzikim prawie od namiętności, która w nim kipiała. Dla tego, że wam życie odjęto, wy mnie je odebrać chcecie? Dla czego ja mam być najnieszczęśliwszy... i trafić na zło, i za miłość być zapłacony zdradą?..
— Coć rzec więcej? szepnął jakby do siebie mówiąc starzec... tyś oszalał! do szalonego jak do ściany mowy nie ma... Idź, a kręć kark... jać zemrę lada dzień, po co się oglądać na mnie? Czyń co chcesz! Rodowi naszemu może za tę krew przelaną napisano jest zginąć... niech ginie... Ja ci nie rozkazuję nic i nie radzę nic, bo przeciw wyrokom bożym niema rady, ani rozkazu... Łamią sklepienia i druzgoczą skały... a cóż człowieka?.. Mówisz, że mówię z trumny i patrzę z trumny. A wiesz ty, jak jasno, jak daleko widzi człowiek z takiego grobu... z takiej pustki i milczenia?... Wszystko w nim gaśnie, wzrok, słuch... siła umiera, otwierają się oczy duszy i promień ich strzela, sięga przez mury i serca, w głąb pieczar, w przepaści dusz...
Mnie oczu nie potrzeba cielesnych, tamtemi widzę wskroś ciebie, a nawet los twój przyszły... Zgaśniecie wszyscy... Nie pomoże nic... a tamtą zabitą pomści żywa...