Kilka razy Eljasz mu z miasteczka przynosił listy jakieś i oddawał potajemnie, na które Dobek mówił gniewnie: „Powiedz, że nie ma żadnej odpowiedzi.”

Jednego dnia, gdy to już kilka tygodni tak trwało, przyszedł Aron Lewi weselszy niż od dawna bywał. Zaczęli mówić o interesach, o tem i owem, jakoś poufniej, po staremu...

— Otóż to tak, rzekł Żyd: to ja jegomości lubię... at! trzeba było dawno porzucić.

— Co? co porzucić?

— Ach! niby pan tego nie wiesz!... a no dość, że my się rozumiemy... to był kiepski interes...

Zmilczał pan Dobek...

— Jeszcze to nie koniec, szepnął Aron: oni będą szturmowali, a niech się jegomość tylko dobrze trzyma...

— Gadasz zagadkami! zawołał Salomon. Kto, co, po co ma szturmować?

Aron więcej mówić nie chciał...

Dni zimowe krótkie; ledwie wstali od stołu... Eliasz przybiegł oznajmić, że jakiś jegomość przyjechał, i że domaga się widzieć na osobności z panem Salomonem.