Poręba popatrzał na butelczynę, na szkło, pokiwał głową, ale ich nie tknął.

— Cóż to jest? spytał, przyjmujesz mnie jak posłańca? co? Myślisz, że ja sam będę pił? Cóż to za obyczaj u kroćset tysięcy...

Salomon zwrócił się ku szafie posłuszny, wydobył kieliszek drugi, nalał milcząc oba, stuknął swoim o kieliszek rotmistrza, kiwnął głową i wino przyłożywszy zaledwie do ust postawił go na stole. Nagle oczy mu pojaśniały, twarz się nieco rozchmurzyła, wziął stołek i przysunął się do Poręby, kładnąc mu rękę na kolanach... Głos, który mu się z piersi dobył, słaby i wątły był... a drżący.

— Posłuchaj mnie panie rotmistrzu Porębo, posłuchaj, żałować tego nie będziesz, ale cierpliwie do końca. Zostaw asindziej moje interesa mnie i pani Noskowej, proszę, jedź sobie do domu, a... na drogę...

Tu schylił mu się do ucha i dokończył tak cicho, że dosłyszeć nie było można. Poręba się nie obraził wcale, owszem jakoś mu to dobry uczyniło skutek, napił się wina kieliszek, postawił i ton zmienił.

— Mówisz rozumnie, odpowiedział, dalibóg rozumnie. Niechby sobie i tak było... ale braciszku! verbum nobile, o tem ani słowa nikomu, pani Noskowej też... Boć ona mi do zrozumienia dała, abym nalegał. Powiem jej simpliciter, że mi się nie udało...

Nalał sobie drugi wina kieliszek...

— Ręka rękę myje... ja cię kocham mój panie Salomonie, a ty masz rozum i pieniądze... Dalipan! Zatem dictum, factum, a coś przyrzekł... na stół, i motus.

Dobek dobył z kieszeni woreczka już snadź gotowego i na dłoni go Porębie położył. Ten zważył go tylko, spojrzał Salomonowi w oczy.

— Widzisz, liczyć nie będę, spuszczam się na ciebie, biorę jak dajesz, Bóg ci zapłać... Pojutrze ruszam do domu... ale motus! sza!