Było w tem coś tak nadzwyczajnego, niesłychanego, niepraktykowanego w Borowicach, iż w pierwszej chwili Dobek się przeląkł i odpowiedzieć na pytanie nie mógł. Spojrzał na Arona, jakby żądając rady, co tu począć?

Kto mogła być ta kobieta młoda, obca, która się z panem Borowieckim widzieć i mówić chciała? po co i dla czego? Stary Aron pogładził brodę, rady bowiem dawać nie śmiał, a czuł zresztą, iż rozmowy nikomu odmówić nie można.

— Ale któż ona jest? zapytał Dobek... zkąd? jakim się tu sposobem dostała?

— Tego nie wiem, rzekł sługa.

— Jak wygląda? dodał pan Salomon.

— Bardzo pańsko... kobieta młoda, nie więcej lat dwudziestu kilku, piękna, śmiała... nie tutejsza... musi być kędyś... z kraju... (krajem tu nazywano co po za polesiami leżało).

Dobek spojrzał powtórnie na Arona.

Aron znowu długą w dłoń zebrawszy brodę, brwi podniósł, głową, pokręcił, westchnął i nic nie rzekł.

— No, cóż tu zrobić?

— A! jasny panie, jużci pogadać z każdym trzeba! mruknął Aron.