Spojrzeli na siebie.

— I ty Aronie, i ty! rzekł z wymówką pan Dobek.

— Nie może być inaczej, odezwał się lakonicznie Żyd.

— Wszyscyście przeciw niej uprzedzeni.

— Co nam do tego, jaśnie panie! rzekł Aron; ale wszystko ma swój koniec.

Pokłonił się. Salomon ujął rękę Żyda.

— Nie opuszczaj mnie, odezwał się: bądź mi jak byłeś przyjacielem. Nie chcesz interesów, do tego zmuszać cię nie mogę, ale dla czegobyśmy się rozstawać mieli?

— Dla czego? podchwycił Aron: a! bo tu przyjdą nowi ludzie i nowe rządy!

To mówiąc dobył pieniędzy z za pasa, odliczył należne na stole, prosił o pokwitowanie ogólne i mimo domagań się pana Dobka, niewzruszony w postanowieniu, pożegnawszy się, odszedł.

To rozstanie z powiernikiem przykre na panu Salomonie zrobiło wrażenie. Nie miał jednak czasu stękać, gdyż jejmość przysłała go prosić na górę. Była już ubrana i strojna, bo po swoją garderobę i pannę służącą posłała wczoraj jeszcze, i z rana oboje przybyli.