Pan Salomon wpatrzył się w nią, chcąc odgadnąć co myślała. Oczy jej śmiały się we łzach... Śmiech mieszał się z płaczem, była wzburzona i gniewna razem i smutna, a śmiała się, żeby ukryć co czuła. I znowu rzuciła mu się na szyję.

— Ojcze! to mój dzień ostatni... Wykołysana na twoich rękach... wypieszczona pocałunkami, jedyna... od dziś będę ostatnią... zawadą, wspomnieniem... dla tej kobiety przeszkodą... w domu niepotrzebnym sprzętem. Serce to nawykło bić dla mnie... jeszcze się porusza... jeszcze mi odpowiada... a jutro... ja będę sierotą... ty obcym dla mnie... Między nami stanie nieprzyjaciel! z uśmiechem dla ciebie, z pogardą dla mnie...

Ostatnie wyrazy łkała z płaczem, uwiesiła się na ramionach ojca i łzom dała płynąć. Dobek był tak poruszony, iż zawołał:

— Boże mój! czemu tego odwrócić nie można!..

— Za późno! tak! za późno... szepnęło dziecko: a gdybyś chciał to uczynić, nie potrafisz... Dałeś mnie na ofiarę... Stało się... Miała twoja Lorka szesnaście lat szczęścia! Czyż na życie nie dosyć?

Nagle otarła łzy, usunęła się.

— Ojcze... moja jałmużna! Nie każ mi jej żebrać u obcych...

— Na cóż ci to? nie wierzysz mi?

— Tobie? a! wierzę, jej — nie, a ty od dziś do niej należysz... Ojcze! jałmużna!

— Bierz! bierz co chcesz... bierz ile chcesz! bierz wszystko co mam!