Tu gorzej już było a gorzej i chory słabł, a nawet zdawał się przytomność chwilami utracać. Jęki boleśnie rozlegały się po domu... a tu nikogo! nikogo! ani Lassy, która się gdzieś zabłąkać musiała, ani obiecanej przez Tyszków pomocy.
Bardzo już późno w noc, prawie nad rankiem, stary Tyszko przypadł z lekarzem jedynym, jakiego mógł znaleźć w mieście.
Wszyscy inni przypadkowo zajęci byli, i to tłómaczyło dla czego stara jejmość dotąd powrócić nie mogła. Przywieziony przez Tyszkę lekarz, stary praktyk, zaledwie stanął u łóżka chorego, popatrzał i rozpytał o symptomata, spytał co jadł i pił? Powiedziano mu o bulionie, którego reszta w filiżance została, pokazano limonadę. Spojrzał na dno obu tych napojów, w których jakby rodzaj soli białawej widać było na dnie. Miał małą apteczkę przy sobie i natychmiast podał choremu lekarstwo, które mu małą ulgę przyniosło, skinął na Tyszkę i wyprowadził go do drugiego pokoju.
— On jest otruty! rzekł mu na ucho...
— Czy można go ratować?
— Za późno! w pierwszych chwilach, może — teraz trucizna miała czas podziałać na wnętrzności — za kilka najdalej godzin żyć nie będzie.
— Lecz, na Boga, któż tego mógł dokonać? krzyknął Tyszko.
— Ratunku już nie ma, szepnął doktor, a właśnie dla tego, żeby winowajca nie umknął, nie trzeba okazywać, żeśmy się na tem poznali... Zręcznie tylko zabrać filiżankę z buljonem i limonadę — w obu są resztki arszeniku.
Tyszko rozpaczliwie zajęczał.
W tej chwili Laura wpadła z rozpuszczonemi włosami i klękła przed doktorem.