Nazajutrz, panna Jadwiga wzięła Laurę w opiekę pokazując jej pałac, szklarnie, ogród, pomarańczarnię, zwierzyniec... swoje własne gospodarstwo... i tysiące różnych rzeczy, które jej się bardzo szczególnemi i osobliwemi wydawały. Wesoło zeszło dni parę, bo i wojewoda w dobrym był humorze. Na uboczu trochę trzymał się pan wojewodzic, chociaż znać było, iż mu Laura wielce się podobała. Z obejścia się jego domyśleć było łatwo, iż jakiś ojcowski rozkaz wstrzymywał młodzieńca od zbytniego nadskakiwania kuzynce...
Nie chciał wojewoda zapewne, aby przypuścić nawet było można, iż bogatą dziedziczką zaopiekował się, aby domowi swemu i jednemu ze swych synów ją pozyskać. Sama myśl go oburzała... Nie pozwoliłbym nigdy na takie małżeństwo, powiedział synowi, zatem i myśleć o tem się nie godzi... Laura wszystkim się swą prostotą, otwartością, śmiałością umiała podobać, choć z razu Jadwisia przestraszona tem była, nawykłszy do mowy ostrożnej i bojaźliwego będąc charakteru. I ona wszakże trochę się przy śmielszej rozruszała kuzynce, a śmieszek jej wesoły rozlegał się po pokojach z wielką ojca pociechą.
Gdy po tygodniu tych odwiedzin, Laura zaczęła mówić o wyjeździe, wojewoda kazał się jej zatrzymać.
— A wszakżeś mi asińdźka, moja śliczna wnuczko, kazała sobie szukać mentora i towarzyszki, posłałem więc po krewną naszą, po panią Abrahamowę Surynowę, która bawi u siostry, jest wdową, dzieci nie ma i znam ją z najlepszej strony. Chcę ją asińdźce zarekomendować... Jeśli się sobie wzajem podobacie, pojedzie z wami razem.
W parę dni potem nadjechała pani Surynowa, statecznych lat osoba, miłej choć smutnej twarzy, łagodnego charakteru, przytem pięknie wykształcona, bo się z pannami Ogińskiemi wychowywała. Z razu, i ona i Laura ciekawemi się badały oczyma, lecz trzeciego dnia bliżej poznawszy, przystały do siebie. Surynowa sama się zaofiarowała sierocie.
— Ale jakże pani wyżyjesz z nami na tej pustyni? spytała ją Laura...
— A! moja droga — odpowiedziała wdowa, jam do ciszy przywykła... ludzi wielu ani gwaru nie potrzebuję... a jeśli ci będę znośną, będę szczęśliwą. Dotąd zawsze mi się zdawało, że komuś jestem ciężarem...
Wybór więc wojewody okazał się bardzo trafnym i Laura zabrawszy kuzynkę, która jej troszkę ciocię Henau przypominała, czule żegnana przez wszystkich, uściskana przez wojewodę... wyruszyła napowrót do Warszawy, aby zabrać starego Tyszkę i z całym swym dworem wrócić na smutne pogorzeliska Borowiec...
Cała ta droga przypominała jej boleśnie ucieczkę z rodzicielskiego domu, którą prawie wyrzucała teraz sobie pojmując za późno, że dla ojca powinna była pozostać przy nim i z nim...
Przybywszy do miasteczka, Laura wysiadła blada i szła piechotą ku ruinom. Widok ich był tak dla nich strasznym obrazem, iż się od płaczu wstrzymać nie mogli... Stały gdzieniegdzie ściany murów zczerniałe i kominy potrzaskane... przetrwały ogień w części dolne izby sklepione, spinały się jeszcze schody ku piętru, z którego tylko zostały szczątki... na każdym kroku była zniszczona pamiątka. Wewnątrz, gdzie był ogródek Lorki, suche sterczały krzewy, a gdzieniegdzie z pośrodka ich dobywał się chwast dziki. Lochy w wielu miejscach pozapadały się i wewnątrz ich widać było zsypane gruzy! nieforemne bryły... W grobach zakradłszy się, ogień pożarł niemal wszystkie trumny, z których szczęty w zwęglałych leżały kupach. Kamienne grobowce przegorzałe porozpadały się i w proch poszły. Gdzieniegdzie na tych świeżych rumowiskach już zieleniało nowe życie i rośliny czepiały się po czarnej skorupie. Przejście nawet ku staremu zamkowi było trudne, tak ogień wielkie poczynił zniszczenia w podziemiach...