— Jejmość sobie na parę dni pojedziesz do Smołochowa — rzekł.

— A to co ma znaczyć? ofuknęła się Dobkowa. Coż to? ja nawet z daleka na ichmościów patrzeć nie jestem godna, a jegomość się wstydzisz żony?

— Moja jejmość, odparł Salomon: tu nie o to idzie; u mnie taki zwyczaj był, jest i będzie, że się naówczas kobiety nie pokazują... Jedź najlepiej do Smołochowa; wszak oprócz tego lubisz się radzić tego gołowąsa Będziewicza..

— A to znowu coś innego? już ci Będziewicz szkodzi?

— Ani on mi śmierdzi, ani pachnie, zimno odezwał się Dobek; ale go nie lubię... Z tem jednak mniejsza; trzeba, żebyś jejmość pojechała.

— Ja się ani ruszę! zawołała Dobkowa. Po co? czego? nie pokąsam was! A! to mi piękna rzecz żonę z domu wypędzać!

— Nie wypędzam, lecz jeśli jejmość się uprzesz zostać, będziesz musiała się zamknąć i nie wychodzić.

— Cóż to ja niewolnica jestem czy sługa?

— To obyczaj domowy, do którego się trzeba zastosować.

Sabina się rozśmiała.