— Ani pani, ani ja się do tego nie mieszam... zaskarżenia poszły z innego źródła do sądu. Ja waćpani dobrodziejce po przyjacielsku o tem oznajmuję, ażebyś wiedziała co czynić, jak sobie postąpić. Dobkowie są pod strasznemi zarzutami; naznaczona komissja sekretna zjedzie lada chwila... umyjże ręce, moja dobrodziejko, od tych brudów, nie mieszaj się — a co wiesz, to szczerze wyznaj.

Przestrzegam z dobrego serca — a we dworze o tem ani wiedzieć, ani się domyślać nie powinni.

Dobkowa przelękła — zaczęła drżeć.

— Ale cóż to mój ojcze? jak się to odkryło?

— Opatrzność Boża, która nie daje zbrodni bezkarnie ujść nigdy, wybrała za narzędzie starca, który o wszystkiem wiedząc, tając do tego czasu, ruszony sumieniem, poszedł to podać sądowi, pod przysięgą dobrowolną.

— Cóż takiego? co? na Boga! podnosząc się z siedzenia odezwała się wylękła Dobkowa.

— Są to po trosze stare dzieje... ale się z nowemi wiążą — mówił ksiądz. Ojciec pana Salomona ożenił się jak oni wszyscy po za krajem, z kobietą swojej wiary, heretyczką.

— Alboż nie są katolikami?

— Tylko pozornie — mówił kanonik. Kobietę snadź wziął mimo jej woli — nie kochającą go; przybył tuz nią a potajemnie pono i pierwszy amant za nią podążył. Niewiadomo jeszcze czyli dowody zdrady jakie miał mąż, lecz człowiek go własny wydał, że żonę, a bodaj i gacha — zamordował.

Dobkowa krzyknęła: