— Mieć je musi, choć nie wiem jakie! Jest to kobieta niedobra, użyje więc nie przebierając w środkach.
Tyszko namyślał się.
— Bądźcie dobrej myśli, zakończył; nie zwykłem nikomu przyrzekać sukcesów, lecz tu zdaje mi się...
Laura żegnała go, Tyszko znowu patrzał z wielką bacznością na jej twarz szlachetną i rozumną.
— A nie pozwolisz mi pani, bym moją córkę z nią zapoznał? rzekł, dziecko moje jedyne... Ona tu tak samotna jak wy; jeśli sobie przypadniecie do serca, czemużbyście zbliżyć się nie miały?
— A chętnie! i z wdzięcznością! pośpieszyła odpowiedzieć Laura, jam tak sama!
Tyszko wyszedł do sieni i po kilkakroć zawołał: Basiu! Basiu!
Kobieta, która się na to wołanie ukazała w progu, zobaczywszy Laurę, stanęła na chwilę, zdumienie i ciekawość razem okazując. Była do ojca podobna, ale od niego piękniejsza, słusznego wzrostu, z twarzą pogodną, ogorzałą troszkę, włosami splecionemi, otoczoną po prostu do koła, oczyma ciemno-szafirowemi i usty uśmiechającemi się dobrocią i prostotą. Suknie jej świadczyły o życiu... Miała na sobie jakby habit z ciemnego kazimirku, uszyty starannie, lecz niczem nie przyozdobiony, fartuch biały z bawetem i pęk kluczów u pasa. Świeży kołnierz i mankiety, przystrajały ubiór więcej niż skromny, w którym jej jednak pięknie było.
— Poznajcie się moje panie, rzekł Tyszko. Panna Dobkówna chciała u mnie zasięgnąć rady, jest tu sama z ojcem w Warszawie, tyś także tak jak sama na całe miasto, a mnie się widzi, że się powinnyście zbliżyć i pokochać.
— Szczerze wam dłoń wyciągam, odezwała się Laura, zawczasu wdzięczna, żeście mnie tak bratersko przyjęli...