— A to znowu coś innego? już ci Będziewicz szkodzi?

— Ani on mi śmierdzi, ani pachnie, zimno odezwał się Dobek; ale go nie lubię... Z tem jednak mniejsza; trzeba, żebyś jejmość pojechała.

— Ja się ani ruszę! zawołała Dobkowa. Po co? czego? nie pokąsam was! A! to mi piękna rzecz żonę z domu wypędzać!

— Nie wypędzam, lecz jeśli jejmość się uprzesz zostać, będziesz musiała się zamknąć i nie wychodzić.

— Cóż to ja niewolnica jestem czy sługa?

— To obyczaj domowy, do którego się trzeba zastosować.

Sabina się rozśmiała.

— Co mi tam do waszych obyczajów! poczęła jejmość, żywo chodząc po pokoju... Ślicznąbym żoną była i gospodynią, gdybym się dla gości dała z domu wypędzić! Nie pojadę do Smołochowa... a gdy przybędą, zrobię co mi należy...

— Zamkniesz się waćpani w swoich pokojach...

Dobkowa zaczęła się śmiać, a na twarz starego wystąpiła czerwoność, zsiniał potem niemal z gniewu, drzwiami za sobą rzucił i wyszedł.