Dobek, który siedział w kożuszku na tarczanie i nawet się nie podniósł, popatrzał nań, ledwie głową kiwnąwszy.
— A widzę, widzę — odezwał się — żeś jegomośćprzybył pocieszać nie mnie ale zapewne jejmość. No to samże sobie do niej ruszaj, a mniebyś dał święty pokój.
— Pan jesteś niewdzięczny! zawołał Poręba.
— To rzecz wiadoma — rzekł Dobek. Ja jestem heretyk, zbójca, niewdzięcznik i co acaństwo chcecie. Cóż robić? nie każdemu Bóg dał być takim rotmistrzem Porębą — to darmo!!
Skrzywił się gość. Dobek zwrócił się do Żółtuchowskiego.
— A co tam dziś znaleźliście panie komissarzu na moje potępienie? Odkopaliście kaplicę... zbór i co?
— Dotąd nic — rzekł Żółtuchowski.
— A co mi napsujecie ziemi i muru, niech wam Pan Bóg nie pamięta — dodał Dobek.
Popatrzał się na nich obu, kiwnął głową i pożegnał, dając znać, że radby ich widział za drzwiami — Poręba szasnął nogą... Żółtuchowski odchrząknął — wyszli.
— Zacięty stary!! odezwał się komisarz...