— Honory się wszędzie przydać potrafi i miły jest, rzekła Laura, ale na ten raz, powiem szczerze, byłabym tak zgryziona, żem go ztąd wzięła od Zosi, iżby mi to wszystko psuło.

Spojrzała znowu, Zosia promieniała, Honory patrzał na ojca, chorąży zdziwiony oporem chciał niby przyczynę jego odgadnąć i nie umiał. Dobek już milczał. Rozmowa więc się na tem przerwała... Wstali, a Laura poszła za Zosią, która kryjąc łzy trochę, wysunęła się i uciekła.

Złapała ją na uczynku.

— Zosiu, ty płaczesz?

— Ja! a nie, nie!

— Wiem i widzę, żeś płakała; żalby ci było Honorego, ja to pojmuję... lękasz się o niego, lecz... my ci go nie zabierzemy, bądź spokojna, ja nie pozwolę na to...

— A! nie! nie! mylisz się... nie płakałam... a jeśli mi łza zbiegła, to chyba, że ty mi, dobra siostrzyczko, uciekasz.

Uśmiechnęła się Laura i pocałowała ją.

— Kiedyś się jeszcze może spotkamy znowu, w życiu... szepnęła, przyjedziecie do nas oboje... Leczprzyznaj mi się... te łzy? jak na spowiedzi, jak siostrze rodzonej, wszak ci o Honorka twojego strach było...

Zosia zapłoniła się, i jak proste dzieweczki, chwyciła rąbek fartuszka.