— Dobek? Salomon? cicho począł gospodarz. Jest tu?

— Jest, ale o tem nikt wiedzieć nie ma.

— To się rozumie...

Eljasz zniżając głos, podyktował dom i ulicę na której mieszkali.

Starzy obaj byli wzruszeni mocno. Potrzymawszy medal i popatrzywszy nań, regent oddał go posłanemu.

— Chcecie bym dziś był?

— Jak najrychlej, panie a bracie, rzekł Eljasz... potrzebni nam jesteście, nikogo tu nie mamy, a groźne położenie nasze.

— Sami jesteście?

— Pan mój z córką jedyną.

Rejent pochodził nieco, witany zewsząd krzykiem swojego ptactwa, które w niebogłosy wołało doń o pieszczoty i strawę.