Zaledwie powóz odszedł od zamku, gdy już drugi się zatoczył... Był on równie wytworny jak pierwszy, a tem się różnił od niego, iż młody człowiek w nim siedzący sam powoził. Oddawszy cugle mastalerzowi wyskoczył i wpadł do biura, witając eleganta wesołym uśmiechem.

Poklepał go po ramieniu, odprowadził do okna, poszeptał coś do ucha i dokończył głośno. Tylko prędko.

— Niepodobieństwo! zawołał elegant.

— Ale proszęż cię? taka bagatela?

— Tak, istotnie, bagatela, lecz dziś właśnie mamy ich tyle...

— A dla mnie? mój drogi! Ojciec tu był przed chwilą?

— Był, i właśnie...

— Nieznośny stary... Traci na tę Karolinę, a my musimy głód cierpieć!

Elegant się rozśmiał.

— Czyż głód?