Godzina obiadu jego na Tłomackiem zbliżała się, chciał bardzo wyjść z tego nudnego biura od ciężkiej nad miarę pracy... a coś go tu jeszcze snadź przytrzymywało. Naostatek znudzony brał się już do kapelusza, gdy znowu zaturkotało. Powóz podobny do Teperowskiego, w którym siedział mężczyzna i młoda, nieładna, lecz bardzo wykwintnie ubrana, mała, zręczna i ruchawa kobiecina, zatrzymał się przed zamkiem znowu. Na twarzy eleganta znać było, że żałował tego, iż się nie wyniósł zawczasu. Chciał nawet wybiedz i skryć się w sieni, gdy wpadł młody mężczyznaz kapeluszem na głowie. Był to Szulc, zięć Tepera i wspólnik.

— A! dobrze, żem waćpana zastał, zawołał: tysiąc dukatów! trzeba mi zaraz tysiąc dukatów, tylko prędko!

Biuralista stał zmięszany z początku, potem nagle dobył zegarka i wskazał godzinę.

— Kassa zamknięta.

— Ba! dla mnie...

— Kassjera nie ma.

— A! coż znowu! krzyknął Szulc; jakiż u was porządek, proszę cię?

Elegant zamilczał.

— Więc, bardzo dobrze, dodał Szulc z wyraźnem nieukontentowaniem: to mi je proszę przysłać po południu.

Popatrzali na siebie, komisant ruszył ramionami.