— Na uczciwość, żem w porę przybył zawołał; no, cobyście byli poradzili bezemnie tutaj w tym chaosie miasta, gdzie intryganci w gatunku pana barona Tepera jeszcze nie do samych najgorszych się liczą! A ta kobieta tu siedzi i ma stosunki, przyjaciół, i spodziewa się pewnie zagarnąć sierocie mienie... Cóż taki poczciwy Tyszko, weredyk, mógł uczynić? połajać, postękać i pójść z niczem. Ja — chybaby Pan Bóg niełaskaw, rady sobie tu dam... Oni mnie znają, że pardonu nie daję. Może Laura być spokojna... święcie obowiązków dopełnię...

Stary Eliasz chociaż nieznajomy, przyszedł ręce wojewody całować.

— A! to tyś pieniądze uratował? zapytał go pedogryk...

Głową tylko kiwnął.

— Pójdźże, niech cię uścisnę, poczciwości ty moja!..

Dziwnie to wszystko było rozczulające i miłe. Wojewoda, choć go tak krótko znano, był dla nich jakby od wieków znajomym, bo z jego charakterem i sercem na dłoni długiego nie potrzeba było czasu, aby go zrozumieć i pokochać. Powierzchowność nie obiecywała tego co się w człowieku mieściło: skorupa była szorstka, dusza piękna i czysta.

Dopiero w godzinę może spojrzawszy na zegar wiszący przy ścianie, wojewoda się w kolano uderzył dłonią.

— Patrzajcie acaństwo! a toć ja nic nie jadłem! Takeście mnie nakarmili waszemi historjami, żem o głodzie zapomniał...

— Myśmy też nie jedli, odezwał się Tyszko, ale moja Basia pana wojewody na obiad nie chce...

— Dla czego? czy po żołądku miarkując, boi się, bym jej nie objadł?