Westchnął i urwał pomiarkowawszy się snadź, bo na twarzy Laury zdziwienie i pomięszanie wielkie zobaczył.

Zbliżyła się do niego żywo.

— Cóż to było? ja nic nie wiem...

Uderzył się szlachcic po czole, że się tak nietrafnie znalazł.

— A! przebaczy mi pani, żem się niepotrzebnie wygadał, gdyż widzę, że wiadomość o tem, do niej nie doszła. Wolałbym był milczeć.

— Jednakże raz już począwszy, chciej mnie pan wywieść z niepewności. Nie pisano mi nic... Cóż się stało w Konopnicy?

— A! to te, proszę pani, biedactwo, ta poczciwa Zośka Bułhakówna... Bóg wie co to było, szkarlatyny dostała, snadź zaziębili czy coś... i umarła, osierociwszy biedaka męża z małem dzieciątkiem.

Laura zbladła i załamała ręce.

— A! mój Boże! zawołała drżąca. Kiedyż się to stało?

— Z miesiąc pewnie będzie temu... Odprowadziliśmy ją na wieczny spoczynek, tę miłą mrówkę naszą, bo to było skromne, dobre, łagodne, ale Pan Bóg takich istot długo na ziemi nie chowa.