— Aleś się waćpan widocznie rozpoczął starać o Sabinkę?
— Za pozwoleniem, rzekł Dobek: o tem staraniu oficjalnie mowy nie było!
— E! to ty mi tak, po jurystowsku myślisz się wykręcać! fiu! fiu! przerwał rotmistrz... Siedziałeś godzinami przy kobiecinie, prawiłeś jej słodycze na ucho, ściskałeś za rączki... niewiasta nieszczęśliwa przylgnęła sercem do jegomości, a ty chcesz młynka wywinąć?
— Za stary ja jestem, mruknął Salomon, żebym wywijał młynki. Jejmość pani Noskowej formalniem się nie oświadczał, żadnego zobowiązania nie ma, po cóż się asindziej między nas mieszasz?..
— Z obowiązku najbliższego krewnego, zawołał Poręba; a daję szyję, że mi się tu asindziej nie wywiniesz tak sianem.
Dobek ramionami ruszył.
— A któż się tu myśli wywijać? rzekł... i po co asindziej nie proszony grasz rolę pośrednika?
Odetchnął nieco...
— Waćpaństwo mnie nie rozumiecie... mówił ciszej: ja mam wiele domowych okoliczności, na które wzgląd mieć muszę... Wszystko się wyjaśni... ale ja potrzebuję czasu... potrzebuję czasu... Mam dziecię w domu... interesa... okoliczności.
Rotmistrz słuchał i coś mu to snadź nie było jasne.