— O sto mil umyślniem się przywlókł, żeby raz familję poznać!
— Bóg ci zapłać... trafiłeś na taką chwilę...
— Cóż? wesele słyszę? stryj się żeni? a to śliczna rzecz, jak Bóg miły... jużcić nie będę zawalidrogą.
— Chodź! chodź! mój miły... z pewnem rozczuleniem rzekł Salomon; nic dziwuj się niczemu... a bądź mi dobrym druhem...
Pobrawszy się tak za ręce... weszli do parlatorjum...
Chłopak wszędzie i zawsze byłby się nie dał pominąć ludzkim oczom, a w tej chwili zjawiający się niespodzianie z tą postawą rycerską, pięknością, weselem w twarzy, młodzieńczą butą i uśmiechem... obudzał ciekawość i trwogę. Było w tym przyjeździe coś istotnie niesłychanego, cudownego prawie, i nie dziw, że rotmistrz kręcił wąsa i gryzł zły, bo mu się z razu zdawało, że to uknuta podstępna intryga, aby wesele przeciągnąć, odłożyć, szablą tego jegomości się podeprzeć — i zerwać. Też same myśli przychodziły pani Noskowej. Na złodzieju czapka gore.
Pan Salomon z widoczną radością prezentował go jejmości.
— Honory Dobek... krewny mój...
Kłaniał się i oglądał chłopak nic nie zmieszany...
— Ale to nie przeszkadza, byśmy do ślubu przystąpili, mruknął rotmistrz.