— Bracie, niezapomnijmy się — i kochaj mnie jeśli możesz.
— Darski bądź zdrów, pamiętaj żeśmy od dziś jak dwa palce dłoni.
Czemże ich ujął? spytacie.
— O! naprzód sercem, które gdy bije w piersi, odpowiedzą mu inne; prostotą, szczerością, — a w dodatku — gdy w chwilach spoczynku poszli na kielich wina i cygara, gdy rozbujane myśli lać się i szumieć poczęły z szampanem, każde słowo Jana, którem wyrażał szlachetne i piękne uczucia, w piersi młodzieży znajdowało odgłos spółczucia. — Często jeden wieczór taki wiąże przyjaciół na całe życie. A jak się żyje w takiem uniesieniu szybko, żywo, jak wszystko: krew, myśl, przyjaźń, miłość przyśpieszonym krąży biegiem. Cóż dziwnego, że po sześciu młodego uniesienia godzinach, jesteśmy jak po roku znajomości starzy?
W połamanej, porozrywanej, i co chwila rozdartej i znowu wiązanej rozmowie z Julją, gdy i ona i on porwani byli tą exaltacją, jakiej każdy doznać musi wśród zabawy, ruchu, zgiełku, uroku muzyki i świateł, — powiedzieli sobie więcej niż kiedykolwiek dotąd.
Marji już niewidział prawie Jan.
Marja siedziała w kątku, tańcowała jak zmuszona, ślizgając się po posadzce niby cień smutny; niekiedy tylko wejrzeniem objęła szczęśliwszych i — dumała. —
I ją otaczało grono młodych, i jej szeptano słówka, co słodziej niż muzyka brzmią w uszach kobiety, lecz dla niej był to szmer gałązek, szum wody — nic więcej.
Serce było gdzieindziej.
— Panna Marja chora albo zakochana, mówiła młodzież.