— Któż się ośmieli cię posądzać?
— Pierwsza, babka twoja.
— Babcia wie o wszystkiem.
— I pozwala?!
— Ty wiesz, że musi mi pozwolić wszystko czego ja chcę, bo chcę silnie, bo wolę mam niezłamaną.
— I ona pozwala?
Marja rozpłakała się — a Julja siadła ją pocieszać. Biednej Marji stawał przed oczyma wiek męki niepojętej i roskoszy niebieskiej. Być z tym, którego kochała, choćby raz w życiu codziennie, mówić, myślą się dzielić, w spojrzenie zajrzeć ukradkiem. Z drugiej strony, świat nieochybnie miał ją potępić. — Lecz miałaż co do stracenia? a to półrocze dla sieroty tak jasnem uśmiechało się i tak czystem szczęściem!
I wśród łez, wśród strachu zgodziła się na gorące prośby Julji.
— A jeśli mnie kochasz, dodała przyjaciółka — bądź z nim a! — prawie zalotną — staraj się mi go wydrzeć, zawrócić mu głowę — jeśli ty tego niedokażesz — o! to już nikt w świecie!
Długo w noc rozmawiały; Marja wróciwszy do swojej izdebki, klękła u łóżka, modliła się, płakała, błyskawice latały przed jej oczyma, krew zalewała serce, myśli szumiały wzburzone. Pół roku! całe pół roku niezamąconego szczęścia — a potem na wieki klasztor, cisza, modlitwa, łzy i zapomnienie....