— Piękny kiedy nosił! no! no! Dalipan trudno zgadnąć, ktoby to mógł być taki. I jakby dla podsycenia myśli opieszałej, Wojciech zażył tabaki sowicie, cofając się do drzwi.

— Przecież, mówił dalej powoli, znamy całe sąsiedztwo.

— Właśnie to i mnie dziwi, przerwała Julka, ale poszukaj no tylko po głowie, może i nie wszystkich znamy.

Wojciech się uśmiechnął. — Jużciż rzekł — znamy co jest lepszego, a tej tam drobnej szlachty i szlachetków, ktoby ich liczył!

— Kochany Wojciechu, ludzieć to jak my! pracowici, poczciwi — czemuż ich już za nic rachujesz.

— No, ale bo widzi panna, rzekł stary poprawiając się — żaden z tej szlachty nie może mieć pięknego siwosza wierzchowca, więc —

— A nikt że nam nowy nie przybył w sąsiedztwo, żaden młody człowiek, coby gdzie był w podróży długo, na naukach lub podobnie. — Stary skrobał się po wyczesanej czuprynie, której siwiznę napróżno farbując, utrzymywał, że był winien nie wiekowi, ale używanej dla połysku pomadzie. Nie — zdaje mi się, że nie. —

— Więc tem dziwniej! zawołała Julka.

— Dajże pokój pytaniom, łagodnie przerwała staruszka — dzięki Bogu nic ci się nie stało, a na co ci ta próżna ciekawość. —

— Moja babunieczku, wdzięcząc się odpowiedziała po cichu wnuczka — coby też człowiek był wart bez ciekawości? Przytem jestem kobieta, a nas już tak za tę wadę okrzyczano, że możemy jej sobie pozwolić, bo czy ją będziemy miały czy nie, zawsze ją nam przypiszą.