— Któżby to mógł być? spytała staruszka powolnie — młody, przystojny, na bardzo pięknym siwym koniu i tak zdaje się coś z pańska. —

Pan Łada słupiał, ramiony ruszając. Że niewiem to niewiem, rzekł, ale dowiedzieć się muszę, chociażby niewiedzieć co mnie to kosztować miało. Bo jużciż to takie nadużycie — i co nadto, to nadto! podedworem!

— Zdaje się, że nazwisko jego od D. zaczynać się musi. —

— Jw. pani sądzi? wytrzeszczając oczy, rzekł p. Łada. — Od D.? od D.? —

— Jest bo wiele (bez złej myśli) takich co od D — się zaczynają. A najprzód pan Depczak z Koziej Woli, którego córka poszła za Krzywaczyńskiego z Bzowicz, ale to nędzota; potem Dermański, ale to posesor, i Dazigrodzki — co to był ekonomem w dobrach Radziwiłłowskich i — jeszcze a! Darmula, szlachcic — ale i to uboż. — Wszystko od D — to uboż jw. pani — A żeby tak z pańska coś być miało, to niewiem, w całej taki okolicy. A chwalić Boga zjadłem tu także nie jedną beczkę soli w tych stronach, ot i u jw. państwa osiemnasty rok, i ludzie mnie i ja ludzi znam. — Zamyślił się. —

Korzystając z tej przerwy starościna, usiłowała go pożegnać słowy: No — to się dowiesz panie Łada, i doniesiesz mi.

— A jakże, jw. pani — muszę się dowiedzieć. Jednakże to coś osobliwego! żebym ja kogo w tych stronach nie znał, a jeszcze z waszecia. —

Byłby nieskończenie prawił, bo już mu się zbierało na wyliczenie systematyczne wszystkich sąsiadów, gdy starościna znowu pożegnała go — więc do zobaczenia.

Rad nie rad wysunął się za drzwi mrucząc, ale zaraz w przedpokoju złapawszy Wojciecha, półtory godziny go wytrzymał po setny raz mu opowiadając, jak w r. 1812 Kozacy go zbili, jak uciekał, jak się w lesie chował, jak mu tam jeść nosiła nieboszczka żona, jak potem przez wdzięczność ją poślubił, jak go gryzła, jak go męczyła, jak umarła, jak po niej płakał i td. —

Wojciechowi nogi od stania mdlały, ale wstydził się do tego przyznać, żeby nieprzypisano wiekowi, co on sam tylko na znużenie zwykł był składać.