A głosu tego właśnie Jan czekał cierpliwie — i doczekał się nareszcie.

W pierwszem wejrzeniu Julji było objawienie magnetyczne przyszłości, która ich połączyć musiała lub nieszczęśliwymi uczynić. Dziwnym trafem, gdy ujrzał Marję i Julję, choć ostatnia większe na nim zrobiła wrażenie, pierwsza także utkwiła mu w pamięci i sercu.

W drugiem spotkaniu potwierdziło się pierwsze: oczy Julji i oczy Marji razem uniósł z sobą jeszcze, pędząc zamyślony do domu.

— Miałżebym kochać obie? pytał siebie — czy żadnej?

I chciał obie zapomnieć, a niemógł. —

Z kolei czarowne wejrzenie Julji, smutne oczy Marji przesuwały się przed nim we snach i na jawie, pierwsze wstrząsając sercem, drugie wzbudzając nieopisane litości i zajęcia uczucie.

Bal do reszty go rozmarzył: znalazł je znowu razem obie, obie zarówno piękne, zarówno go ku sobie magnetyczną jakąś pociągające siłą. Julja czarowała go wejrzeniem, któremu nic oprzeć się nie mogło, zachwycała go wyrazy, których słuchał jak pięknej pieśni anielskim nuconej głosem; — Marja jak zagadka niedocieczona, jak coś dawno znanego, niewiedzieć gdzie i kiedy, jak siostra z niebios wyciągać się zdawała ręce ku niemu. Myślał, walczył, usiłował sam siebie zrozumieć, niemógł — nareszcie powiedział sobie. — Dwie! to być niemoże! Julję kocham. Tak, Julję!

I wyrzekłszy się Marji, czuł taki żal, taką rozpacz po niej, że wracał jeszcze, mówił znowu — kocham Marję.

Ale wejrzenie Julji odrywało go od smutnej kochanki.

Tak sam już marzył. Czas było wracać do Litwy, gdzie go dość pilne powoływały zajęcia, sam ojciec go wyprawiał — wyjechać niemógł, wyrzec się tych kobiet, z których jedna miała, musiała być jego, nie miał siły.