— Niewiesz sama co mówisz.

— A więc babunia pisze?

— Nie, dziecko moje, byłoby to coś — niewiem — zdaje mi się, nieprzyzwoitego; byłoby to jakbyśmy go łapać chcieli.

— Łapać! czyż kto nas o to posądzi! czy tego potrzebujemy.

— A wreście dziecko moje, jest jeszcze jedna ważna przyczyna, dla której wprowadzać młodego Darskiego do mego domu waham się.

— Jakaż być może?

— Powiem ci ją moje dziecko, nie jest to tajemnicą żadną. Darscy byli zawsze bardzo uczciwymi ludźmi, ale przez dziwactwo swoje stracili wziętość w sąsiedztwie, i odłączyli się zupełnie od towarzystwa. Bogaci będąc wzgardzili nami, zubożawszy ani się chcieli przez dumę schylić do ludzi. Jeden raz tylko starł się stary Darski z jednym bliskim krewnym naszym, i spotkanie ich pozostawiło po sobie pamięć i nienawiść niezmazaną.

— Z kimże to babuniu?

— Właśnie z opiekunem twoim, z prezesem.

— Jakto? prezes —