Chciała go wyciągnąć na słowo, lecz Przemysław słuchał roztargniony. Myślami był gdzie indziej, szczebiotanie to i przypominanie żony męczyło go.
— Tamta — mówiła Mina — to widmo już tylko straszne, co się nie wiedzieć na co włóczy po świecie, a nam wszystkim życie zatruwa. Rozum postradała, sama nie wie, co się z nią dzieje, to płacze, to śpiewa, to narzeka na cały świat i na was, na was, żeście jej życie zatruli i zgubili.
Przemko w końcu rzucił się i wybuchnął, ręką bijąc o stół.
— I od was, i od niej rad bym, żeby mnie kto uwolnił! Dosyć już mam i tego trupa, i tego narzekania! Póty!
Wskazał na gardło. Dopił kubka, cisnął nim i wyszedł z izby.
Miny oczy zaświeciły.
— Powiedział, powiedział, żeby go od tego trupa uwolnić!
Uśmiechnęła się, spoglądając na drzwi.
— Mam słowo! Uwolnim cię od niego!